New York Maraton – mity i rzeczywistość
By móc nazywać się spełnionym maratończykiem trzeba zaliczyć „Finish Line” w Central Parku. Te 26,2 mili to marzenie setek tysięcy – zawodowców, białych, wierzących, wegetarianów, amatorów, nie wierzących, pracoholików, żonatych, czarnych, bankierów, itp. – itd… Wszystkich biegaczy – takimi jakimi są – bo takie jest miejsce rozgrywania tego maratonu. Nowy York – miasto dla wszystkich. Tylko tam mogła się zdarzyć ta historia. Z kilkudziesięciu zapaleńców w Central Parku pod przewodnictwem Freda Lebowa - do potężnej machiny przynoszącej zadowolenie dziesiątkom tysięcy ludzi i przynoszącej kolosalne dochody miastu. Wyjeżdżając na maraton, dziwiłem się, co znaczy dwuznaczny uśmiech mojej żony – która ta przygodę miała już za sobą / 4 miejsce w 1994 z czasem 2,32,15 sic! / Jechałem tam by zobaczyć misterium jako zawodnik i jako organizator / pomagam przy jednym z największych polskich maratonów/. Nie żałuję…
Podejmując decyzję o starcie nie zdawaliśmy ile wysiłku i niespodzianek nas czeka. Ale warto było – ten, kto skończył NY Maraton – prawdopodobnie będzie miał inne spojrzenie na bieganie. Tego doświadczenia nie można uzyskać na żadnym innym starcie /ukończyłem 27 maratonów w całej Europie i nie tylko– a więc mam porównanie /
1. ZAPISY
Każdy chciałby wziąć udział w nowojorskim maratonie. Ale to nie proste! Jest to tak skonstruowane by sam start był już czymś wyjątkowym. A więc ok. 5000 numerów jest zarezerwowanych dla biegaczy którzy mają tzw. limity czasowe w zależności od wieku. Np. dla mnie jako 47 latka było to w tym roku 3;10 a więc całkiem żwawo. Jeśli ktoś ma poniżej 40 lat i nie nabiegał w ostatnim roku wyniku poniżej 3:00 /w udokumentowanym maratonie / to raczej nie ma szans na numer z tej puli. Notabene -trzeba być szybkim w zgłoszeniach – bo ok. maja już nie ma wolnych numerów z tej serii. No i koszt ok. 230 USD za sam numer startowy!!. Więcej – za samą aplikację – czyli chęć wystartowania „kasują” 11 USD – i to jest opłata za sam akces. I wcale nie znaczy, że nas przyjmą a kasy już nie zwrócą!! W tym roku aplikowało 120.000 osób x 11,00 USD = 1.200.000 USD!!!??? Kilkanaście tysięcy numerów jest rozlosowywanych przez organizatorów wśród samych Amerykanów – taka „tombola” – fantastyczny pomysł organizatorów!! Bo jakie to dodatkowe szczęście być wylosowanym – przecież to wyjątkowy dar od losu! Jeśli ktoś wytrwale pragnie jednak wystartować, jest Amerykaninem i przez trzy lata z rzędu wniesie pełna opłatę startową, / czyli 3 x 230 USD / to ma tzw. gwarantowany numer. Reszta numerów ok. 20.000 jest rozprowadzane przez organizacje charytatywne autoryzowane zagraniczne biura podróży. A więc: albo wykupimy sobie wycieczkę za kilka tysięcy dolarów z pobytem w hotelu, wyżywieniem, programem turystycznym oraz numerem startowym. Lub wykupimy numer w jednej z autoryzowanych fundacji charytatywnych. Koszt średnio ponad 2000 USD. W ostatnich czasach większość joggerów startuje właśnie z tej puli. Bo już nie jest „trendy” ukończyć maraton – jest w dobrym tonie biec dla „kogoś”. A więc zapłacić potężny datek na szczytny cel np. „Livestrong” Lanca Amstronga i dodatkowo poświęcić swój wysiłek maratoński temu celowi. W Polsce to jest niespotykane, ale na zachodzie to istny fenomen. Dochody organizacji charytatywnych współpracujących z organizatorami liczone są w milionach dolarów. To zaszczyt i wielki honor poświęcić swój czas, wysiłek i…. pieniążki na potrzebujących – przyznacie, że ma to sens!!! I tym to sposobem, tylko w tym roku wystartowało np. ponad 3000 Holendrów, 2500 Francuzów, 2000 Włochów / do wiadomości czytelników -w jednego Jumbo-Jeta wchodzi ok. 350 osób!!/ Rozmarzyłem się – już oczami wyobraźni widzę te kilkadziesiąt samolotów lądujących w piątek na lotnisku w Balicach, no może, chociaż kilka…a nie jak teraz …
No dobrze – mam już numer startowy – łaskawie mnie, za drobną opłatą przyjęli. Jak i innych 42.. Polaków??!!
2. PRZYGOTOWANIA I PODRÓŻ
Cały sens startu w NY – to przygotowania , tylko rodzina wie ile musiała znieść „bogata” przygotowuje się do startu. Dziękuję im za to i jednocześnie widzę, że sens jest w przygotowaniach a nie w samym starcie. Trzy miesiące intensywnych treningów – chociaż muszę uczciwie stwierdzić że godzenie tego z pracą zawodową i rodziną -nie należy do prostych .
Ale jeszcze sprawy przyziemne – niestety WIZA!! Dobrze że „Wujek Sam” łaskawiej już patrzy na Polaków w ambasadzie. Bez problemów, z uśmiechem, ale…. oczywiście za mała opłatą, wbijają w paszport pozwolenie na wjazd.
Ponieważ przyjechaliśmy na kilka dni przed startem, mieliśmy okazję pobiegać po Central Parku i powłóczyć się po Manhattanie. Wszędzie było czuć atmosferę maratonu. Banery, reklamy, witające uczestników były prawie wszędzie. W metrze, na autobusach, na latarniach. W parku przez cały dzień tłumy biegających – i to wcale nie maratończyków. To co nas specjalnie zainteresowało to dedykowana asfaltowo/szutrowa pętla tylko dla biegających. Dobrze oznakowana – z informacją że spacerujący z psami, wózkami czy rowerzyści nie mają tam wstępu. Może u nas w miejskich parkach kiedyś tak będzie? Po odbiór numerów do Jacobs Jevis Convention Center – udaliśmy się specjalnym autobusem, który dowoził wszystkich chętnych z głównych punktów logistycznych na Manhattanie. Miło, serdecznie i to co nas szczególnie zaskoczyło” niesłychana kompetencja wolontariuszy – oni wszystko wiedzieli o maratonie – Znak, że to robią od lat! A rozmowa z przybyszami zza wody to dla nich czysta przyjemność – widać było zadowolenie, że mogą zamienić z nami parę słów. Zresztą to uczucie towarzyszyło nam w czasie całego pobytu w NY. Niesłychana życzliwość mieszkańców – gdy tylko dowiedzieli się, że przyjechaliśmy na maraton to od razu całkowicie zmieniali nastawienie. Jakby więcej uśmiechu i jakby lepszy serwis dla biegaczy: nawet w „Starbucks Cafe” gdzie przesiadywaliśmy popijając kawę.
Miasteczko maratonowe i Expo, gdzie odbieraliśmy pakiety startowe to doskonale zorganizowany i przemyślany logistyczny ciąg punktów organizacyjnych i handlowych. Oczywiście wszędzie powszechne w USA kontrole i komercja – zarabiają na wszystkim. Do pewnych stref, jeśli się nie miało aplikacji, nie było szansy dostania się. Mimo to wszędzie tłumy zawodników znakomicie kierowanych przez wykwalifikowanych i kompetentnych wolontariuszy. Nawet nie wyglądająca na fankę biegania / ta tusza!?/ policjantka, na każde pytanie, ma gotową rzetelną informację. Skąd oni wzięli tylu ludzi pracujących z takim zaangażowaniem??
Na numerze startowym masa informacji / inny kolor numeru to inne miejsce startu, inne tło to inna fala startowa, inna litera to inna brama wejściowa do sektora. W biurze trzeba też było się zadeklarować, jak i czym chcemy się dostać na linię startu. A to nie takie proste dowieźć 40.000 tysięcy na druga stronę rzeki, na Staten Island gdzie obok słynnego mostu Verazzano Narrows Bridge zlokalizowany będzie start. My wybraliśmy ostatni prom z Manhattanu o 8.30. Nie ma szans dostania się inaczej w okolice startu jak tylko promem lub autobusem. I jest to kontrolowane po kilkanaście razy.
Dzień przed maratonem, podobnie jak innych 20,000 tysięcy maratończyków!!? i osób towarzyszących, o 9.00 rano wystartowaliśmy w biegu śniadaniowym. Dystans 5 km z okolic budynku Narodów Zjednoczonych, głównymi ulicami Manhattanu pokonało w rekreacyjnym tempie – jako rozruch – przed głównym startem kilkanaście tysięcy ludzi. Nie był to kolejny bieg a raczej manifestacja radości i zadowolenia, że się jest w Nowym Yorku. To, co mnie uderzyło to niesłychana integracja poszczególnych narodowości oraz powszechna radość i spontaniczność.. Poprzebierani w narodowe barwy, z flagami, wstążkami demonstrowali swoje zadowolenie i dobra zabawę. W tym kolorowym pikniku szczególnie widać było Holendrów – wszędzie było ich pełno w tych pomarańczowych strojach i przebraniach. Dużo też Francuzów, Włochów, Brazylijczyków i nawet Meksykanów. A nas Polaków? Mimo że podobno w okolicy New York żyje około miliona osób pochodzenia polskiego to miałem wrażenie, że było nas…. 3! Szkoda, że nasza nacja nie jest widoczna w Stanach na takich „eventach”. Teraz nie dziwię się, że w Ameryce się z nami nie liczą…..Trudno liczyć się przecież z kimś, kogo nie widać. Co robią nasi rodacy w sobotę rano? – nie wiem, . lub się domyślam, ale tego nie wypada pisać – smutne. Wieczorem pasta party, masa ludzi, trzeba swoje odstać, ale wszystkiego jest pod dostatkiem. Mnie tylko dziwi i fascynuje jak to wszystko jest perfekcyjnie zaplanowane i przeprowadzane. To nie taka prosta sprawa nakarmić tak na oko. 30.00 tysięcy ludzi. Logistycznie perfekcja.
4. START
W dzień maratonu pobudka o 5 , kawa i ciastko w narożnym barze, podróż metrem w dół Manhattanu. Na każdej stacji dosiadają się kolejni biegacze z pakietami startowym jako przepustką. Niesłychane – starsza kobieta zwalnia nam miejsce siedzące w metrze!! Szczęka mi opadła – ona wie, że biegamy i wie że oszczędzamy siły. Niektórzy „cywile”, mimo że szósta rano jest ich całkiem sporo, z podziwem pokazują kciuki skierowane do góry. Jaka to dowartościowuje! Naprawdę czuję się jakbym był kimś wyjątkowym. Promem przez rzekę, mijamy Statuę Wolności, piękny widok na tle wschodzącego słońca. Za chwile wyłania się Verazanno Bridge – nasz cel. Co za widok!.Jeszcze tylko kilkanaście minut autobusami, kilka kontroli / tylko biegacze z numerem mogą się tam dostać / i jesteśmy w miasteczku startowym pod i obok mostu. Łatwe, bo po prostu trzeba wejść w falę biegaczy i ślepo iść za nimi. Jest strasznie zimno – do końca czekamy by oddać nasze ubrania. Wreszcie polska flaga – to New York Polish Runners Club – kilkanaście osób w biało czerwonych strojach. Do zobaczenia na mecie. I tak na jakieś 45 minut przed startem musimy wejść do naszych sektorów. Mimo ogromnych tłumów i tłoku wszystko jest doskonale widoczne i oznaczone, sektory kolorami, strefy wielkimi tablicami i balonami. Kto jednak nie za bardzo zna języki, może mieć mały problem. Tyle tego jest, że naprawdę czasami można się zgubić. Szczególnie, że narasta podniecenie startowe. Ponieważ mieliśmy to szczęście, że dostaliśmy dość wysokie numery, startujemy z pierwszej linii na moście. Strasznie zimno i wieje a wiec prosimy obsługę czy można się rozgrzać przed linią startu – no problem. Historyczny moment – my w miejscu, który znałem tylko ze zdjęć czy transmisji telewizyjnych. Nad nami krążące helikoptery, za nami tysiące biegaczy, przed nami krzywizna mostu, a my rozgrzewamy się na moście!!. Dla tych chwil warto żyć, warto trenować….
5. BIEG
Jakieś przemówienia i wystrzał. Biegniemy. Ostro pod górę i strasznie wieje. Tempo grubo poniżej 4 minut, a tu z boku na sąsiedniej nitce mija nas potężna grupa biegaczy w asyście policyjnych wozów na syrenie– to zawodowcy z elity. Oni startowali dalej, ale za to niżej, by nie podbiegać i dopiero na 2 kilometrze na środku mostu nas mijają. Fajny widok. Trasa dobrze oznaczona, chociaż można czasami pomylić mile z kilometrami. Organizacja wzorcowa. Po zbiegu z mostu wpadamy na Brooklyn i się zaczyna. Tysiące kibiców – klaszczą piszczą, śpiewają. Co chwila jakiś zespół. Niesamowite. I tak przez cały czas – mam wrażenie, że całe miasto jest na ulicy. To co charakterystyczne to zróżnicowanie kibiców – jak Brooklyn czy Bronx to w większości czarni. Mijamy też dzielnicę żydowską. Trasy z trzech różnych ulic startowych początkowo biegną koło siebie by dopiero na ok. 10 kilometrze się połączyć. Asfalt raczej marnej jakości, dużo dziur i łat. No i ta trasa. Po drodze pięć mostów. Teraz to dopiero będzie mnie śmieszyć, gdy ktoś powie, że w Krakowie czy Poznaniu jest trudna trasa!. Tylko jeden podbieg na most w NY maraton jest większy niż suma przewyższeń w rodzimych maratonach. A przed nami jeszcze 5 ostatnich km w Central Parku. Idealnie pofałdowana trasa, by ostatecznie dobić maratończyka – co wycierpiałem to moje. Moi koledzy poniżej 3 godzin, ja trochę wolniej ok. 3:06. Upragniony medal, szybkie przebranie w dresy i na trasę. Prawdziwy maraton właśnie się rozpoczął . Jeśli my biegliśmy w towarzystwie kilkunastu innych ścigaczy, to teraz na trasie są całe tłumy joggerów. Po prostu jedna zwarta masa biegnących wśród jednej zwartej grupy kibiców. I różnica jest zasadnicza – Ci się cieszą, śmieją, machają do kibiców. Pocieszają nawzajem, jeśli kogoś dopadł syndrom wyczerpania. To inny niż mój maraton, gdzie co mila patrzyłem na zegarek. Maraton radości a nie cierpienia i walki za wszelka cenę o kolejne sekundy i minuty. I to jest chyba sens maratonu w amatorskim wydaniu. Miło widzieć gdy rodzina, przyjaciele czy dziewczyna dostaje szału gdy ich znajomy przebiega koło nich. Kiedyś też tak pobiegnę, będę jadł banany, rozmawiał z biegaczami, pozdrawiał kibiców i robił sobie fotki, pomagał tym co przeszarżowali. To dopiero musi być fajne – chociaż nasza walka z czasem też ma poniekąd sens. Trzeba jednak stwierdzić że NY City Marathon to niesłychanie trudny maraton. Masa ludzi, pogoda niepewna, trasa trudna, podróż męcząca, różnica czasu. To maraton dla doświadczonych biegaczy. To nie maraton na bicie rekordów życiowych. Ale to maraton wyjątkowy.
6. PO MARATONIE
Miałem wrażenie, że po starcie wszyscy biegacze wyszli na tzw. „miasto”. Tylu osób z medalami jeszcze nie widziałem. „Pałętaliśmy” się po Broadwayu do późnych godzin nocnych. W każdej knajpie czy pubie widać medale. Wszyscy rozmawiają, wznoszą toasty – mają tzw. „Fun”. Przyjechali tu i po nadludzkim wysiłku mają jeszcze czas i siłę na całonocne celebrowanie. A niektóre knajpy zostały w całości opanowane przez biesiadujących turystów / maratończyków. No i kto nie będzie witał tej masy w następnym roku? New York City Marathon jest jak cały NY – fascynujący – tu ma się siłę na o wiele więcej rzeczy niż w innym miejscu na świecie. Po prostu w każdą pierwsza niedzielę listopada cały Nowy York jest sparaliżowany – maraton biegnie przez wszystkie najważniejsze mosty oraz główne ulice. Całe miasto kibicuje i cieszy się że gości biegaczy . To również potężny biznes, obrót dla miasta szacuje się na 250.000.000 USD!!!. Tylko by przewieźć rzeczy biegaczy ze startu na metę potrzeba ok. 70 ciężarówek!! Dla maratonu przez cały rok pracuje ponad 100 etatowych pracowników. Tylko w dniu biegu pracuje ponad 6000 wysoce wykwalifikowanych woluntariuszy, by cała potężna machina się nie zacięła a biegacze mogli się realizować na ulicach Manhattanu.
Aby nazwać się spełnionym maratończykiem trzeba po prostu zaliczyć nowojorski. To powinien być cel każdego. Bo przecież na świecie dzięki telewizji oglądało maratończyków ok. 315 milionów ludzi – a było nas tylko małe 40 tysięcy. Do tego wybranych. A więc, żeby być i czuć się wybranym i docenionym biegaczem – trzeba jechać do New York i przebiec maraton. Bezcenne… za resztę zapłacicie kartą Visa
Maraton w Nowym Jorku
- 15 000 przenośnych toalet
- 70 000 butelek wody Poland spring
Na trasie:
- 5 mostów do pokonania
- 16 punktów pomiaru czasu
- 112 zegarów pokazujących biegnącym czas
- 120 zespołów muzycznych
- 644 000 kubków z wodą w punktach odżywiania
- 100 000 litrów napoju regenerującego
- 14 punktów foto, gdzie zrobionych zostanie 300 000 zdjęć
zawodnikom
Obsługa medyczna:
- 41 punktów na trasie
- 2 000 osób
- 7 ton lodu
- 14 000 szt. plastrów
- 400 opakowań wazeliny
- 300 termometrów
- 435 łóżek
Na mecie czekać będzie po 45 000:
- medali
- toreb z wodą, jabłkiem, batonami i innymi akcesoriami
- folii na okrycie przed zimnem
- butelek wody Poland Spring
- butelek napoju regenerującego
Nagrody:
- 171 pucharów
- 600 000 dolarów do podziału (premie i bonusy wynikowe)
- 130 000 dolarów dla zwycięzców plus samochód
- 7500 dolarów dla najlepszych na wózkach inwalidzkich
Inne:
- 100 osób pracowało przez cały rok przygotowując maraton
- 80 samochodów przewiezie odzież biegaczy ze startu na metę
- 3000 dziennikarzy akredytowało się w biurze prasowym
- 200 milionów dolarów zarobi miasto na organizacji imprezy











Czytając ten tekst troche się rozmarzyłem, a może tak będzie za parę lat w Krakowie…
Super tekst. Faktycznie można się rozmarzyć. Jest to duża wyprawa i duże wyzwanie, na które trzeba by założyć już teraz dużą świnkę skarbonkę
Wg mnie każdy bieg ma inny klimat. Ten opisany wyżej jest niesamowity. Ciekawe gdzie leży ludzka granica możliwości w organizacji takiego przedsięwzięcia. Ile osób mogłoby wystartować, by była to dobrze zorganizowana impreza i bezpieczna. Jak wiemy amerykanie chcą być zawsze naj… więc chyba trudno będzie zrobić coś podobnego. W Krakowie też możemy poprowadzić bieg przez pięć mostów
Byłaby to wersja mini NY. Ja wierzę że Kraków, będzie gościł i tak coraz więcej osób a ludzi będzie zarażała idea biegania. Doping na całej trasie to marzenie.
świetny tekst, czekam na więcej!
Przede wszystkim świetny artykuł i świetnie oddaje atmosferę i nakręca na maxa. Marzę o starcie w tym maratonie i mam zamiar wystartować w nim. Na razie biegam w Polsce i też jest super:) Mam pytanie czy ktoś mi powie jak jest z liczbą miejsc w maratonie NEW YORK???Czy liczba uczestników jest ograniczona czy dowolna okreslona tylko zgłoszeniem w odpowiednim czasie???pozdrawiam wszystkich